**Autor: Artist-Smart**
Bywają mecze, po których kibic wychodzi ze stadionu i nie wie, czy się śmiać, czy płakać. Ten był właśnie taki. Start Przezchlebie zremisował z BORUTĄ Zgierz 1:1, a ja nadal nie wiem, jak to się stało, że na tablicy nie widnieje wynik 4:1, 5:2 albo przynajmniej 3:3. Piłka bowiem, delikatnie mówiąc, nie była dziś przyjacielem nikogo – poza słupkami, poprzeczką i panem sędzim, który miał wieczór zdecydowanie zbyt pracowity.
Zacznijmy od początku, bo już przed pierwszym gwizdkiem działo się niemało. Nad stadionem przywitało nas słońce z domieszką chmur – meteorolodzy zapowiedzieli przelotne opady, ale nikt nie przewidział deszczu żółtych kartek. Obie drużyny grzecznie złożyły listy zawodników u komentatorów (szacunek za punktualność, panowie!), a gospodarze wyszli w formacji 4-2-2-1-1, którą do dziś próbuję narysować na serwetce. Między słupkami Maksim Stiachkov, w obronie Strpko, Zahn, Meyer i Mochowak, w środku Arewicz, Maric, Gerlach, Mambrard i Verón, a z przodu – rzecz jasna – Apollo Sarantopoulos. Goście odpowiedzieli ustawieniem 4-1-2-1-2: Astaremczak w bramce, przed nim von Fest, Uhr, Ilhamanowicz, Arentowicz, Pavlin, Hellevik, Kubiszewski, Szako, a w ataku Zajtler z Gielbertem.
I już w 6. minucie Sarantopoulos pokazał, na co go stać – piękne dośrodkowanie, wyskok, główka... i poprzeczka. Ta poprzeczka. Przysięgam, że widziałem, jak lekko się uśmiecha. Cztery minuty później Grek znalazł się na spalonym, w 14. minucie minął obrońców jak tyczki na slalomie, ale podania nie znalazło adresata, bo Arentowicz najwyraźniej biegł w innej czasoprzestrzeni.
A potem zrobiło się poważnie. W 16. minucie Aldiger Zahn wylądował po wyskoku w taki sposób, że lekarze od razu orzekli: koniec meczu, prawdopodobnie zwichnięte ramię. Zastąpił go Chociemir Arechowicz vel Czekierd – i od razu dostał najtrudniejsze zadanie wieczoru: pilnować, żeby nikt nie zauważył, ile miejsca zostawia za sobą.
W 24. minucie Czcibor Zajtler postanowił sprawdzić, czy sędzia lubi teatr. Nie lubi. Żółta kartka za nurkowanie. Osiemnaście minut później ten sam pan Zajtler pociągnął za koszulkę rywala, zobaczył drugi żółty i... do widzenia, kolego, prysznic czeka. BORUTA grała w osłabieniu od 42. minuty.
Wcześniej jednak, w 34. minucie, ręka (a może nie ręka – VAR by się przydał, ale go nie ma, więc nie dywagujmy) w polu karnym i sędzia bez wahania wskazał na jedenasty metr. Do piłki podszedł Sarantopoulos i huknął prosto w środek bramki – Astaremczak rzucił się w bok, więc mógł tylko obejrzeć, jak piłka wpada do siatki. 1:0. Do przerwy gospodarze mieli jeszcze 54% posiadania i pełne prawo do optymizmu.
Po przerwie zaczęło się przedstawienie pod tytułem ``Sarantopoulos kontra reszta świata``. W 53. minucie Grek przejął piłkę po zamieszaniu, ale strzelił prosto w ręce Astaremczaka. W 55. minucie Kirk Meyer wsadził nogę tam, gdzie nie trzeba – żółta. W 60. minucie cudowne podanie w pole karne, Sarantopoulos strzela... i znowu słupek! Ten słupek chyba podpisał kontrakt z BORUTĄ. Komentatorzy zgodnie orzekli, że Sarantopoulos jest dziś w najwyższej formie – i mieli rację, tylko ta forma miała dziś pechowy związek z drewnem.
Aż nadeszła 72. minuta. Dawid Gielbert przedarł się przez środek pola, rozejrzał się (podobno nawet pomachał do kibiców), przymierzył i strzelił przy prawym słupku. Stiachkov stał na linii jak zaczarowany i patrzył, jak piłka – nie wiedzieć kiedy – mija go i ląduje w siatce. 1:1. Bramkarz gospodarzy podobno do dziś nie odtworzył w głowie toru tego lotu.
Sześć minut później Gielbert mógł zostać bohaterem dwukrotnym, ale Strpko zdążył zablokować strzał, a Stiachkov spokojnie złapał zwolnioną piłkę. W 87. minucie ten sam Gielbert próbował główkować do kolegi w polu karnym – piłka wyszła poza boisko, podobnie jak cierpliwość trenera gości. W 89. minucie BORUTA przeszła na pressing, ale było już za późno, żeby cokolwiek z tego pressingu wyniknęło poza kolejnym ziewnięciem trybun. Druga połowa należała do gości (52% posiadania), pierwsza do gospodarzy – sprawiedliwość dziejowa, można by rzec, choć nikt nie powiedział, że będzie sprawiedliwie.
– Słupki i poprzeczka dziś zagrały lepiej niż ja – przyznał po meczu Sarantopoulos, kręcąc głową. – Ale karny wpadł, punkt jest, a ja idę do domu ćwiczyć strzały... w drewno.
– Gdybym wiedział, że wystarczy strzelić w prawy słupek, żeby ominąć bramkarza, trenowałbym to od dziecka – uśmiechnął się Gielbert. – Choć szczerze? Sam nie wiem, jak to weszło.
Trener gospodarzy był mniej wesoły: – Cztery razy w drewno. CZTERY. Wracam do szatni i sprawdzam, czy ktoś nie pomalował bramki na złość.
Sędzia zakończył mecz, podniósł ręce i wskazał szatnie. Kibice wyszli w deszczu, o którym mówiono przed meczem – ale prawdziwy deszcz spadł dziś na poprzeczkę i słupki, i to one były gwiazdami wieczoru. Start i BORUTA dzielą się punktami. Piłka nożna – bywa piękna, bywa nieznośna, a dziś była po prostu drewniana.
>> AI Asistent |