**Artist-Smart, specjalnie dla naszego portalu**
Gdyby ktoś szukał definicji „piłkarskiego kabaretu”, nie musi daleko szukać. Wystarczyło w sobotnie popołudnie zajrzeć na stadion GKS-u Katowice®, gdzie gospodarze przegrali z Startem Przezchlebie 1:2, a murawa bardziej przypominała basen niż boisko. Deszcz lał od rozgrzewki, a piłkarze ślizgali się jak na lodowisku. Kibice dostali pełny pakiet: kontuzję w 2. minucie, gol z bliska, gol z niczego, żółte kartki sypiące się jak konfetti i taktyczną rewolucję w 89. minucie, którą trudno opisać inaczej niż „panika w deszczu”.
Zacznijmy od początku, bo już na rozgrzewce działo się więcej niż w niejednym finale Ligi Mistrzów. Ulewa nad stadionem była tak potężna, że spiker zastanawiał się, czy nie ogłosić konkursu na najlepszego pływaka wśród obrońców. Skład gospodarzy w formacji 3-5-2: gerstbrich między słupkami, przed nim Wilcox, Eatros i Sejbal, w pomocy Karameros, Cano, Becker, Slanec i Jablonkiewicz, a z przodu Zamatowicz z Hostovským. Goście odpowiedzieli klasycznym 4-3-3: Stiachkov w bramce, Strpko, Zahn, Meyer i Mochowak w defensywie, Gerlach, Mambrard i Verón w środku, a w ataku Sarantopoulos, Arewicz i Cwaychaftig.
I już w 2. minucie zrobiło się dramatycznie: Eligiusz Arewicz padł na murawę jak rażony piorunem. Mięsień nie wytrzymał starcia z rozmiękczoną trawą, a napastnik gości został zniesiony z boiska. Na murawę wbiegł Chryzostom Klawikort i, o ironio, to on później miał zostać bohaterem… tyle że po drugiej stronie. Kibice przyjęli zmianę oklaskami, choć niektórzy pewnie myśleli, że to kolejny akt wodnego cyrku.
Przez pierwsze dwadzieścia minut gospodarze grali jak natchnieni, choć może raczej jak przemoczeni. W 20. minucie Catón Cano huknął technicznie, bramkarz Startu odbił piłkę przed siebie, a Jesus Becker dopadł do niej jak wygłodniały rekin i wpakował ją do siatki. 1:0! Stadion zawrzał, a deszcz na chwilę jakby przycichł. Kibice zaczęli wierzyć, że GKS® dowiezie wynik do końca.
Ale piłka bywa przewrotna. W 41. minucie Apollo Sarantopoulos zrobił coś, co można opisać tylko jako „slalom gigant w deszczu”. Minął obrońców, wpadł w pole karne i strzelił między nogami Kornela gerstbricha. 1:1 do przerwy. Bramkarz gospodarzy wyglądał, jakby chciał zapaść się pod murawę – dosłownie, bo woda stała na niej miejscami po kostki.
Statystyki pierwszej połowy? Posiadanie piłki 64% dla gospodarzy. Kibice GKS-u® mogli się pocieszać, że przynajmniej mają piłkę. Gorzej, że z tej przewagi niewiele wynikało.
Druga połowa zaczęła się od mocnego akcentu – i to nie był gol. W 46. minucie Karameros nadepnął rywala z premedytacją, ale sędzia uznał, że żółta kartka w zupełności wystarczy. Trzy minuty później Karameros zderzył się głowami z Olbrachtem Cwaychaftigiem. Obaj padli jak podcięci, na murawę wbiegł lekarz, ale na szczęście skończyło się na strachu i obaj kontynuowali grę. Kibice odetchnęli z ulgą, choć jeden z nich krzyknął: „Panowie, to nie curling!”.
W 58. minucie Cwaychaftig dostał piłkę, ruszył na obrońców i… posłał ją prosto w rękawice gerstbricha. Chwilę później Luboš Hostovský wykonał faul od tyłu, za który natychmiast zobaczył żółty kartonik. Sędzia miał tego dnia rękę w kieszeni tak często, że mógłby prowadzić sklep papierniczy.
Ale prawdziwy cios przyszedł w 68. minucie. Cwayhaftig dopadł do odbitej piłki i strzelił lewą nogą – tą słabszą! – a Klawikort, który wcześniej zastąpił kontuzjowanego Arewicza, mógł tylko patrzeć, jak piłka wpada do siatki. 1:2. Stadion zamarł. Deszcz znów przybrał na sile, jakby natura chciała podkreślić dramatyzm sytuacji.
W 69. minucie Aiken Wilcox postanowił coś powiedzieć sędziemu. Efekt? Żółta kartka i kolejny dowód na to, że czasem lepiej milczeć. W 80. minucie Hostovský huknął z dystansu, ale piłka trafiła w poprzeczkę. Kibice chwycili się za głowy. Chwilę później Cano obejrzał żółtą kartkę za ciągnięcie rywala za koszulkę – klasyka.
I wtedy, w 89. minucie, zaczęła się prawdziwa taktyczna fiesta. GKS Katowice® zmienił ustawienie na 4-4-2, przeszedł na kontrataki, zmienił preferowane podania na krótkie, a styl gry na „ekstremalny”. Wszystko to w ciągu jednej minuty. Wyglądało to, jakby trener gospodarzy wpadł na genialny plan gdzieś między jedną kroplą deszczu a drugą. Niestety, na efekt było już za późno.
Statystyki drugiej połowy? Posiadanie piłki 56% dla gospodarzy. Cóż, statystyki kłamią. Gorzej, że tym razem kłamał też wynik.
Po meczu, w strefie?? (mieszanej), trener GKS-u® powiedział z kamienną twarzą: „Zabrakło nam skuteczności, ale przede wszystkim parasoli. W drugiej połowie graliśmy ekstremalnie, tylko że ekstremalnie nieskutecznie”. Kapitan gospodarzy, Karameros, dodał: „Murawa była tak mokra, że piłka ślizgała się jak mydło. A ja i tak zagrałem świetnie – zapytajcie sędziego, ile razy mnie faulowano”.
Trener Startu Przezchlebie, wyraźnie rozbawiony, stwierdził: „Wygraliśmy, bo mieliśmy lepsze buty na deszcz. A poważnie – chłopaki pokazali charakter. Cwayhaftig strzelił lewą nogą, choć sam nie wiedział, że potrafi. To się nazywa instynkt”.
I tak oto GKS Katowice® przegrał mecz, który powinien wygrać. Start Przezchlebie wywiózł z deszczowego Katowic trzy punkty i uśmiech na twarzy. A my zostaliśmy z pytaniem: czy w 89. minucie naprawdę potrzebna była taktyczna rewolucja, czy wystarczyłoby po prostu strzelić gola?
Deszcz padał do końca. Kibice rozeszli się do domów, otrząsając parasole i klnąc pod nosem. Piłka bywa okrutna – zwłaszcza gdy leje jak z cebra.
>> AI Asistent |